Archive for April, 2002

Z bagażem doświadczeń

Monday, April 22nd, 2002

Są takie miejsca w naszym mieście, gdzie „mieszkają” ludzie bezdomni… Zimą szukają schronienia głównie w wieżowcach, gdzieś na ostatnich kondygnacjach. Można ich też spotkać na dworcu.

Wiosną wybierają miejsca odludne, mało uczęszczane, niewidoczne. I często bywa, że tam właśnie z kartonów budują swój świat.

– Podczas wiosennych porządków w mieście znajdujemy sklecone szałasy, jakieś budy. Musimy to likwidować – mówi Jacek Hofman, komendant Straży Miejskiej w Piotrkowie.

– Ponad miesiąc temu mieszkańcy jednego z bloków zgłosili nam, że w zsypie na śmieci śpi jakiś człowiek. Na miejscu okazało się, że już nie żył. Przyczyną śmierci najprawdopodobniej był alkohol.

Ten nałóg jest, jak zwykle, powodem większości problemów. Pracownikom piotrkowskiej noclegowni dla bezdomnych udało się wyeliminować spożywanie alkoholu na terenie placówki. Panuje tam żelazna reguła: nietrzeźwi nie mają wstępu. Interweniuje wtedy Straż Miejska albo policja.

Noclegownia dysponuje prawie trzydziestoma miejscami, ale w razie konieczności może przyjąć pod dach nawet czterdzieści osób. Na razie nie było potrzeby dostawiania dodatkowych łóżek, także jesienią i zimą, kiedy większość z bezdomnych szuka schronienia przed mrozem. W czasie zimy, jak zapewnia Jacek Hofman, inaczej traktuje się osoby bezdomne. Nawet jeżeli śpią na dworcu i nie robią najprzyjemniejszego wrażenia, to nikogo się nie wyrzuca.

Wiosną w noclegowni robi się luźniej. – Jest ładna pogoda i wtedy ci ludzie łatwiej znajdują miejsce do „zamieszkania” – mówi Henryk Gorlas, kierownik biura Zarządu Rejonowego PCK w Piotrkowie. – Są i tacy, którzy od trzech lat pojawiają się w noclegowni. Po jakimś czasie wyjeżdżają. My nie wiemy dokąd, może nawet do rodziny, ale nie wnikamy w to.

– Można by powiedzieć, że są dwie grupy bezdomnych – podsumowuje swoje doświadczenia Jacek Hofman.

– Grupa przyjezdnych, przemieszczających się, bo to jest, powiedzmy, ich styl życia. Ciągle są w drodze, a nasze miasto wybierają jako przystanek. Druga grupa to „nasi” bezdomni. Oni często mają swoje domy i mieszkania, tylko z różnych względów nie mogą w nich przebywać lub też świadomie nie chcą. Stan psychiczny tych osób bywa różny. Każdy z nich jest inny, ma inną przeszłość, inne doświadczenia.

Jedna z mieszkanek noclegowni zechciała opowiedzieć nam trochę o sobie. – Mieszkałam z matką i z ojczymem. We wrześniu minie dziewięć lat, jak ojczym mnie pobił – mówi.

– Od tamtej chwili nie mam wstępu do domu. Wynajmowałam później mieszkanie, ale przez długi okres byłam w szpitalu i gospodyni mi wymówiła.

W grudniu ta kobieta dwie noce spędziła na piotrkowskim dworcu PKP. Potem zdecydowała się zgłosić do noclegowni. I, jak twierdzi, nie żałuje swojej decyzji. Czuje się bezpiecznie, bo otaczają ją ludzie, na których pomoc może liczyć.

Aby wspierać ludzi będących w potrzebie, konieczna jest współpraca wielu instytucji. Miejski Ośrodek Pomocy Rodzinie ma w tym swój niebagatelny udział. Osoby, które z różnych powodów straciły dach nad głową i zgłoszą się do MOPR, na pewno otrzymają niezbędną pomoc – o ile same wykażą inicjatywę i chęć uporania się ze swoimi problemami.

– W ciągu ostatnich czterech lat, spośród bezdomnych, którzy przewinęli się przez MOPR czy noclegownię, sześć osób dostało mieszkanie – podsumowuje dyrektor ośrodka Bożena Tarczyńska. – Na liście oczekujących na lokal są dwie osoby, a dwie kolejne wróciły do rodziny.

Brak miejsca zameldowania nie jest więc wyrokiem, który przekreśla życie. Przyszłość to przecież wolny wybór każdego człowieka.

Autor artykułu: Aneta Wieczorek

Melduj się, kto może

Monday, April 22nd, 2002

Pokaż mi swój dowód osobisty, a powiem ci, gdzie mieszkasz. Okazuje się, że niekoniecznie. Państwo K., mieszkańcy Piotrkowa, kończą właśnie budowę własnego domu, wobec czego postanowili sprzedać obecne mieszkanie.

Kiedy znalazł się nabywca, a u notariusza załatwiono wszystkie formalności, okazało się, że trzeba jednocześnie wymeldować się z obecnego adresu i zgłosić zameldowanie w nowym miejscu. Przede wszystkim dlatego, że państwo K. prowadzą działalność gospodarczą i wymagania organów skarbowych są tu jednoznaczne.

Najprościej byłoby zameldować się w miejscu, gdzie kończony jest właśnie dom. Budowla nie została jednak jeszcze oficjalnie odebrana, więc tam zameldować się jeszcze nie można. Będzie to możliwe za miesiąc.

Czas ten trzeba jednak przeczekać, dlatego jedynym rozwiązaniem jest meldunek tymczasowy. Państwo K. tak właśnie zrobili, meldując się pod adresem dziadka. Do pełni szczęścia brakowało tylko nowego wpisu do dowodu osobistego.

Najnowsze przepisy mówią jednak, że do dowodów osobistych starego typu nie można już wpisywać nowych danych o zameldowaniu i konieczna jest wymiana dokumentu na nowy, plastikowy. Tam też wpisany zostanie nowy adres zamieszkania.

– Zaniosłam po dwa zdjęcia, moje i męża – mówi Czytelniczka – oraz wpłaciłam dwa razy po 30 złotych.

Otrzymałam karteczkę o złożeniu dokumentów oraz ustne zaproszenie po odbiór nowych dowodów za miesiąc. Będzie tam wpisany adres… dziadka. Próbowałam wyjaśniać, że taki dowód nie będzie mi potrzebny, gdyż za miesiąc będę już mieszkać pod swoim prawdziwym adresem, w nowym domu.

Usłyszałam, że taka jest procedura i inaczej być nie może. Za miesiąc powinnam przyjść ponownie, ponownie przynieść dwa razy po dwa zdjęcia i wpłacić dwa razy po 30 złotych. Po miesiącu oczekiwania otrzymam nowy dowód z właściwym już adresem.

Czy cały ten galimatias i koszty są rzeczywiście potrzebne? – pyta Czytelniczka. – Znamy doskonale tę sprawę, podobnie jak i wiele podobnych – powiedziała nam Grażyna Gąsiorowska, zastępca naczelnika Wydziału Spraw Obywatelskich Urzędu Miasta w Piotrkowie – gdyż nie jest to wcale przypadek odosobniony. W ciągu tygodnia spotykamy się z czterema takimi nietypowymi sytuacjami.

Dotyczą one osób, które kilkakrotnie zmieniały adres zamieszkania, nie dokonując odpowiednich adnotacji w dowodzie osobistym. Ogólnopolski program komputerowy tego nie przewiduje i wymaga, by każdorazowo powstawał nowy dokument. Nie da się więc zaoszczędzić kolejnych 30 złotych. Za każdym razem musi zostać wydany nowy dowód osobisty, nawet jeśli w momencie wydania jest już nieaktualny.

– Cała procedura tworzenia dokumentu trwa – mówi Grażyna Gąsiorowska – i jeśli zmiana meldunku następuje w ciągu jednego miesiąca, to możemy zdążyć skorygować dane. Jeśli trwa dłużej, to cała machina toczy się swoim torem.

Rozporządzenie Rady Ministrów nakłada obowiązek dokonania zmiany wpisu do dowodu osobistego w ciągu 14 dni od zaistnienia zdarzenia. Wiąże się to z koniecznością dostarczenia dwóch zdjęć i wpłaty 30 złotych.

– Nic na to nie możemy poradzić – dodaje Grażyna Gąsiorowska – takie są teraz przepisy. Dla nas też jest to uciążliwe; musimy tłumaczyć interesantom, że innej drogi nie ma i nie da się zaoszczędzić ani trudu, ani 30 złotych.

Autor artykułu: Stanisław Stępień

Miłej jazdy życzą PKP

Friday, April 19th, 2002

Antoni Góralczyk ma dziś 71 lat. Do niżej opisanej historii podchodzi z humorem i dystansem. I trudno mu się dziwić, bo zaiste cała sprawa kojarzy się z purnonsenem w wykonaniu braci Marx. Jest 30 czerwca 1958 roku. Antoni Góralczyk pracuje przy przeładunku na stacji towarowej piotrkowskiego Przedsiębiorstwa Produkcji Urządzeń Szklarskich.

W pewnym momencie na tor rozładunkowy wjeżdża bez ostrzeżenia załadowany wagon, który uderza Góralczyka. Pracownik doznaje zmiażdżenia prawego podudzia. Konsekwencją jest amputacja nogi. ZUS przyznaje mu rentę w wysokości 840 ówczesnych złotych.

Bój o pieniądze

Antoni Góralczyk występuje do sądu o odszkodowanie. Twierdzi, że za wypadek odpowiedzialność ponosi kolej. – To nie zakład pracy mnie okaleczył tylko PKP – mówi. W 1960 r. sąd zasądza na jego rzecz jednorazowe odszkodowanie w wysokości 30 tysięcy ówczesnych złotych oraz 600 złotych tytułem dożywotniego dodatku powypadkowego do renty. Płacić ma PKP.

Z czasem realna wartość dodatku Antoniego Góralczyka z powodu inflacji znacznie się zmniejszyła. W 1979 r. ponownie więc zakłada sprawę. Uzyskuje podwyżkę dodatku do 1.106 złotych.

Pudełko zapałek

Dziś jego sytuacja jest tyle śmieszna, co kuriozalna. Z ZUS-u otrzymuje kilkaset nowych złotych renty i w tym nie ma nic nadzwyczajnego. Niespotykana jest natomiast wysokość renty powypadkowej wypłacanej panu Góralczykowi przez Polskie Koleje Państwowe: 72 grosze!!! I to nie miesięcznie, lecz raz… na pół roku.

Za tę zawrotną kwotę nie da się kupić nawet pudełka zapałek. Dla tych, którzy nie uwierzą, że to „najprawdziwsza prawda”, reprodukujemy odcinek przekazu pocztowego.

Sami natomiast nie mamy pojęcia, kogo zatrudnia Biuro Ekonomiczno-Finansowe mieszczące się przy ulicy Targowej w Warszawie. Biorąc pod uwagę przypadek pana Góralczyka, pewnie ludzi, którzy o finansach mają takie pojęcie jak my o prowadzeniu kolejowego elektrowozu. Każde przecież średnio rozgarnięte dziecko wie, że wysłanie przekazu wiąże się z określonymi kosztami. Listonosz zaś musi być zaiste bardzo szczęśliwy, gdy wręcza dumnie naszemu bohaterowi 72 grosze.

Nie sposób w tej sytuacji nie zadać dyrekcji PKP jednego pytania: Jak można robić sobie kpiny za starego, ciężko doświadczonego przez los (i PKP) człowieka? Wysyłanie mu raz na pół roku 72 groszy jest tyleż nietaktowne, co śmieszne i poniżające.

Góralczyk versus poczta

Sam Antoni Góralczyk jest zupełnie zdezorientowany. Czy ma się z tego wszystkiego śmiać, czy pomstować, czy też całą tę kabaretową historię umieścić w zalewie coraz powszechniejszej głupoty?

Ale na tym nie koniec. Góralczykiem przejął się bowiem niesamowicie Rejonowy Urząd Poczty Oddział Oddawczy w Piotrkowie. Otrzymał on od ww. urzędu pisemko wraz z kopertą zwrotną. Aby uzmysłowić Czytelnikom, jak to poczta o nas dba, przytoczmy dosłownie fragment urzędowego druku:

„W stałej trosce o podniesienie sprawności służby pocztowej oraz w dążeniu do całkowitego wyeliminowania wszelkich ujemnych przejawów w wykonaniu tej służby, tut. urząd pocztowy (agencja) przeprowadza wyrywkową kontrolę prawidłowości przyjmowania wpłat i dokonywania wypłat pieniężnych oraz prawidłowego i teminowego doręczania przesyłek pocztowych. W związku z powyższym uprzejmnie prosimy o udzielenie odpowiedzi na drugiej stronie pisma w rubryce 6, czy wymieniona tam przesyłka doręczona, bądź kwota pieniężna wpłacona lub wypłacona w podanym dniu (rubr. 4 lub 5)”. Prawda, że zabawne. Oczywiście, na odwrocie przekazu, znajduje się kwota 0,72 zł.

Szczęście Antoniego

I tak to pan Góralczyk powinien szaleć ze szczęścia. Aż dwie szacowne instytucje dbają, by umilić mu na starość życie. Najpierw PKP fundują mu równowartość pudełka zapałek miesięcznie (albo wręcz półrocznie), a potem poczta skrupulatnie sprawdza, czy aby owe pudełko otrzymał.

Autor artykułu: Janusz Francuz

Hajda na Hetmana!

Friday, April 19th, 2002

ŁKS spotka się z Hetmanem dzisiaj o godz. 17.30 na stadionie przy al. Unii. Jeśli łodzianie wygrają, zrobią trzypunktowy krok do utrzymania się w drugiej lidze. ŁKS potrzebuje ośmiu, a może tylko siedmiu punktów w ostatnich pięciu kolejkach.

W łódzkiej drużynie zabraknie kontuzjowanego Rafała Dopierały oraz Pawła Brożka, który wyjeżdża na zgrupowanie kadry 19-latków, prowadzonej przez Antoniego Szymanowskiego. Łódzkim szkoleniowcom udało się zatrzymać na mecz z Hetmanem Karola Wójcika. Dołączy do kadry po meczu. Trzecim reprezentantem drużyny U-18 jest Piotr Brożek, ale nie ma szansy na występ w najbliższym spotkaniu z Niemcami, bowiem musi pauzować za kartki.

Do Łodzi przyjeżdża Hetman, który jest po przejściach z Hutnikiem. Po dwóch niewykorzystanych karnych (Ziarkowskiego i Zajączkowskiego) w Zamościu zawrzało.

Przez dwa dni w klubie trwały obrady. W spotkaniu miał nie grać kapitan zespołu Piotr Bielak, który przed zakończeniem meczu rzucił na murawę opaskę kapitana (po niewykorzystaniu drugiej jedenastki). Skończyło się na karze finansowej (nieoficjanie mówi się o 10 tysiącach złotych). Drużynie z Zamościa wstrzymano wypłatę premii. Jest to jednak iluzoryczna kara, bo zaległości wobec piłkarzy są duże i sięgają ubiegłego roku.

W drużynie Hetmana zabraknie pauzujących za żółte kartki Dariusza Turkowskiego i Sebastiana Gancarczyka, dwóch obrońców występujących na zmianę na lewej obronie. Miejsce to zajmie prawdopodobnie Sebastian Przybyszewski, wychowanek Widzewa.

Najlepszym zawodnikiem Hetmana jest Jacek Ziarkowski, zdobywca 22 goli. Zawodnika będą podglądać pierwszoligowi wysłannicy.

*****

34. kolejka, piątek: Jagiellonia Białystok – Górnik Polkowice (godz. 17),sobota: GKS Bełchatów – Świt Nowy Dwór (godz. godz. 17), Górnik Łęczna – Ceramika Opoczno (godz. 16), KS Myszków – Tłoki Gorzyce (godz. 16.30), Włókniarz Kietrz – Arka Gdynia (godz. 16), Hutnik Kraków – Ruch Radzionków (godz., 17), Orlen Płock – Odra Opole (godz. 19), Szczakowianka – Lech Poznań (godz. 16), Zagłębie Sosnowiec – Polar Wrocław (godz. 16).

Autor artykułu: (jusz)

Guinness dla Kajzera

Friday, April 19th, 2002

III b z XXI LO w Łodzi nie musiała bić rekordu Guinnessa. Ich cel został osiągnięty tydzień przed próbą: ukochany nauczyciel biologii Adam Kajzer dostał propozycję pracy. Młodzież chciała jednak dokonać czegoś wyjątkowego i sprawdzić swoje możliwości. Udało się. Wzięli udział w najdłuższej na świecie, trwającej 31 godzin, lekcji.

– Chyba upadliście na głowę – skomentowała pomysł Grażyna Kalińska, nauczycielka matematyki i wychowawczyni III b, gdy miesiąc temu uczniowie wyznali, że chcą wziąć udział w najdłuższej lekcji świata. Myślała, że jest po sprawie. Ale następnego dnia większość młodzieży przyniosła pozwolenia rodziców na podjęcie próby. Problem szybko dotarł do dyrektora liceum Janusza Bąka.

Dyrektor najpierw powiedział: – Nie ma mowy, to zbyt niebezpieczne. III b nie ustąpiła, ulegli za to nauczyciele. Warunek był jeden: każdy z 34 uczniów tej klasy miał otrzymać pisemne pozwolenie od lekarzy. To dawało gwarancje, że siedzenie na 31-godzinnej lekcji nie odbije się na ich zdrowiu. Zgodę otrzymało 29.

Zauroczeni nauczycielem

Najdłuższą lekcję świata wymyślono dla Adama Kajzera – nauczyciela biologii, któremu w XXI LO kończył się kontrakt. Przez pół roku zastępował chorą nauczycielkę.
Gdy do jej powrotu było coraz bliżej, wyszło na jaw, że panu Adamowi znów w oczy zajrzy widmo bezrobocia. Klasa zauroczona „zastępczym” nauczycielem biologii chciała mu pomóc. Bicie rekordu – to było to.

Adam Kajzer stwarza wrażenie nieporadnego, wstydliwego introwertyka. Na lekcjach pozwalał się wygadać zainteresowanym przedmiotem – dla nich zresztą był najbardziej wymagający. Unikał sztampy, wkuwania formułek, znajdował ciekawostki biologiczne. Mówił językiem uczniów.

Nie ma w sobie nic z belfra w starym stylu. No i wobec uczniów jest szczery, nie udaje, a to największy plus.

Do XXI LO dostał się dzięki szczerości. O stanowisko starało się trzech kandydatów, ale tylko jego stać było, by podczas rozmowy z dyrektorem opowiedzieć o swoich kłopotach ze znalezieniem pracy (od dwóch lat jest bezrobotny) i o tym, że zaczyna mu brakować celu w życiu.

Wtorek, 16 kwietnia, godzina 8.15. Aula XXI LO pełna rodziców i dziennikarzy rejestrujących rozpoczęcie wydarzenia. Uczniowie siedzą w centrum. Jeszcze teraz mogą się rozmyślić, potem będzie wstyd, że nie wytrzymali.

Wszyscy zostają. – No to zaczynamy – mówi Adam Kajzer, mocno stremowany obecnością gości. Po kwadransie aula pustoszeje. Rozpoczynają się zajęcia o mózgu i układzie nerwowym człowieka. Na początek pierwszy referat: o uczeniu się.

Komisyjna sztafeta

– Członkowie komisji obserwującej próbę bicia rekordu zgodzili się wziąć w tym udział bezpłatnie – mówi Grażyna Kalińska, która wytrzymała 31 godzin ze swoimi uczniami, mimo rozrusznika serca.

Sama spała kilka godzin na fotelu w sekretariacie. – Potrzebni byli lekarze i biolodzy. Prosiliśmy, kogo się dało. Doktor Jadwigę Gruszkę namówiłam, kiedy podwoziła mnie do domu. Po prostu łapałam okazję i trafił mi się lekarz. Powiedziałam jej wprost: ale nie mamy pieniędzy.

Zgodziła się.

W komisji musiały zasiadać trzy osoby. Co cztery godziny skład komisji się zmieniał.

Do wczesnego popołudnia zajęcia przypominają zwykłą lekcję. Uczniowie referują tematy, odpowiadają na pytania. Przez godzinę rozwiązują pierwszy test na inteligencję.

Dziewczęta ukradkiem poprawiają makijaż. O tym, że bije się tu rekord Guinnessa przypominają kamery rejestrujące lekcję i… tempo wychodzenia, a raczej wybiegania, do toalety.

Jest na to 30 sekund. Nic dziwnego, że rozporki zapinają dopiero w klasie. Nie spuszczają nawet wody. Robią to ich koledzy i koleżanki, których przebyte choroby wykluczyły z rywalizacji. Będą z bijącymi rekord przez cały czas, tylko poza salą.

Nie da się oszukać fizjologii

Pan Adam chodzi bez przerwy dookoła klasy. Przegląda przygotowane do lekcji książki. Około piętnastej mówi: nie da się oszukać fizjologii, będzie coraz ciężej. I puszcza muzykę relaksacyjną.

Na salę co jakiś czas wnoszone są kanapki. Coraz częściej uczniowie sięgają po napoje energetyzujące. Pierwsza piętnastominutowa przerwa o godz. 16.15 witana jest okrzykami radości. Dostają zimną pizzę, bo przywieziono ją o kwadrans za wcześnie. Mimo to wszyscy pałaszują ją błyskawicznie, a najbardziej głodni połykają nawet dwie. Po południu oglądają film o układzie nerwowym i mózgu.

Młodzież zamienia buty na kapcie. Widać pierwsze objawy znużenia.

– Na razie jest dobrze, zdajemy sobie sprawę, że najgorsze przyjdzie nad ranem – mówi Marta.

Adam Kajzer wprowadza ćwiczenie relaksacyjne: – Siadamy wygodnie, ręce na kolanach (swoich? – pyta Wojtek), głowa do góry, obserwujemy wybrany punkt na suficie i liczymy do siedmiu. – Teraz osiągamy stan głębokiej relaksacji – mówi pan Adam. Sala ryczy ze śmiechu.

Wieczorem większość uczniów myślami jest już przy kolejnej przerwie o północy. O dwunastej młodzież skanduje „Wytrzymamy, wytrzymamy!”, a potem okupuje wszystkie szkolne ubikacje. Nieliczni wychodzą na boisko.

– Będzie ciężko – przyznaje Ilona Oleksiak, nauczycielka zapisująca wszystkie wyjścia i wejścia uczestników próby, a także tematy, które referują. Nikt jej nie zmieni, tak jak uczniowie dotrwa do końca bez snu. Tymczasem Adam Kajzer w bibliotece szuka jeszcze jednej książki. Przyznaje, że boi się czy wystarczy materiału.

Nocny kryzys

O godz. 3 kryzys. Jak na złość Ania opowiada klasie o… śnie. – Człowiek potrzebuje osiem godzin snu na dobę – mówi. Justyna i Paweł chcą położyć się na materacach. Klasa im nie pozwala: to jest lekcja. Nie ma spania! Tym samym przekonują samych siebie. Każdy z nich mógł zasnąć w sekundzie.

Około czwartej wstaje Wojtek. Ma kryzys. Wie, że za chwilę zaśnie i zawali próbę. Podskakuje pod oknem. Dostaje cukierka. To musi pomóc.

Z ledwością docierają do ostatniej przerwy o godz. 8.15. Większość mówi, że nie spodziewała się, że będzie tak ciężko. Część odmawia śniadania. Snują się. Przed nimi ostatnie siedem godzin.

Najbardziej dopingują ich koledzy, którzy nie mogli bić rekordu. Michał tydzień temu miał operację wyrostka. Marek, który nie spał wcale, bo cały czas donosił kanapki i soki, przeszedł skomplikowane operacje biodra.

– Pewnie, że żałuję, że nie mogłem brać udziału w próbie, ale przecież mógłbym nie wytrzymać – mówi.

Zaczynają się problemy z organizmem. Justyna skarży się na rozstrój żołądka. Anię boli żołądek. Cicho pochlipuje. Wytrzyma jednak te dwie ostatnie godziny.

Ostatnie referaty o feromonach, film o amnezji. Adam Kajzer dopiero teraz odczuwa zmęczenie. – Wcześniej wyeliminowała je adrenalina – mówi.

O godz. 15.25 aula pęka w szwach. Są rodzice, nauczyciele, dziennikarze. Ostatnie odliczanie i wybuch radości. Dyrektor Janusz Bąk dziękuje i gratuluje młodzieży, ale nikt go nie słucha. To koniec. III b pobiła rekord Guinnessa.

*****

Adam Kajzer najprawdopodobniej będzie uczył biologii uczniów Gimnazjum nr 19 na Kozinach. W najbliższy wtorek czeka go rozmowa z dyrektorem szkoły.

Autor artykułu: Robert Kozubal

Do kosza po ratunek

Wednesday, April 17th, 2002

W czasie rozpalania ognia koleżanka poparzyła sobie twarz i zaprószyła oczy popiołem. Około godziny 22 okazało się, że nie możemy wejść na szpitalny oddział bez obuwia ochronnego.

Tak zaczyna się opowieść Tomasza Ortela. – Nie miałem przy sobie żadnych pieniędzy – opowiada on dalej – więc pielęgniarka zaproponowała, żebym poszukał dla siebie i koleżanki, która praktycznie nic nie widziała, woreczków w koszu. Wyjaśniłem, że nie przyszedłem tu grzebać w koszu.

Do tego nieprzyjemnego incydentu doszło 9 kwietnia na oddziale okulistycznym Samodzielnego Szpitala Wojewódzkiego im. M. Kopernika w Piotrkowie.

– Poparzoną twarz opatrzyli mi w szpitalu na Rakowskiej, ale dostałam też skierowanie na konsultację na oddziale okulistycznym. Po tej całej sytuacji, pielęgniarka nie chciała nawet podać nazwiska koledze, a kiedy już zdobył pieniądze na obuwie ochronne, ja zostałam potraktowana jak zło konieczne – mówi Ewelina Sokół, poszkodowana.

Cała sprawa zakończyła się na szczęście tylko poczuciem krzywdy, ale zostawiła również świadomość, że tam, gdzie powinno się nam udzielić natychmiastowej pomocy medycznej, ważniejsze bywają przepisy. – To jest odgórne zarządzenie dyrekcji, ale w nagłych przypadkach personel powinien wykazać więcej rozsądku i dobrej woli, niż to miało miejsce.

Naganne zachowanie pielęgniarki zostało wyjaśnione, a reszta personelu pouczona, żeby takie przypadki nie miały już miejsca – informuje Jadwiga Próba, zastępca ordynatora oddziału okulistycznego. – Ja ze swej strony mogę tylko jeszcze raz przeprosić tych Państwa.

Autor artykułu: Aleksandra Tyczyńska

Czy urzędnicy działali poza prawem?

Wednesday, April 17th, 2002

Doniesienie o przestępstwie w sferze gospodarki ziemią w gminie Wola Krzysztoporska złożyła do Prokuratury Okręgowej w Piotrkowie grupa mieszkańców oraz radni tej gminy.

– Wszczęto na tej podstawie postępowanie wstępne – powiedział nam Witold Błaszczyk, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Piotrkowie – z artykułu kodeksu karnego, który dotyczy niedopełnienia obowiązków lub przekroczenia uprawnień przez funkcjonariusza publicznego.

Postępowanie prowadzone będzie przez Prokuraturę Rejonową w Piotrkowie. Zlecono jednocześnie czynności sprawdzające przyjęcie protokolarne.

Dopiero po tych czynnościach okaże się, jaką kwalifikację prawną ewentualnego przestępstwa przyjmie prokurator.

Autor artykułu: (ss)

Urlop sympatycznie zakończony

Wednesday, April 17th, 2002

W sieradzkim szpitalu zorganizowano plebiscyt, w trakcie którego pacjenci wybierali najsympatyczniejszych lekarzy, pracujących w placówce. Konkurs ogłoszono z końcem marca, a głosy pacjenci oddawali przez dwa tygodnie.

Po podliczeniu głosów okazało się, że największym zaufaniem pacjenci obdarzyli Dariusza Ogłozę, pediatrę Poradni Medycyny Rodzinnej przy SP ZOZ w Sieradzu. Drugie miejsce zdobył Piotr Kowalski z oddziału urazowo-ortopedycznego, a trzecie – Waldemar Matusiak, pediatra i kierownik Poradni Medycyny Rodzinnej.

Wyniki plebiscytu ogłoszono półtora tygodnia temu, podczas obchodów Dnia Pracownika Służby Zdrowia. Laureat nie mógł jednak odebrać wtedy stosownego certyfikatu, przebywał bowiem na urlopie. – O wygranej poinformował mnie telefonicznie teść, którego z kolei powiadomił uczestnik uroczystości – powiedział „DŁ” Dariusz Ogłoza. – Przyznam, że byłem bardzo mile zaskoczony.

Zabawę zorganizowało Stowarzyszenie na rzecz Pomocy Szpitalowi. – Staramy się zgromadzić wokół naszej placówki jak największą liczbę ludzi dobrej woli, którzy mogą pomóc w działalności SP ZOZ. Plebiscyt to nowa inicjatywa, dzięki której tworzymy przyjazny wizerunek szpitala. Będzie ona z pewnością kontynuowana w przyszłości – zapewnia Jerzy Gościmski, prezes stowarzyszenia.

Autor artykułu: (pg)

Proces na pokaz

Tuesday, April 16th, 2002

Około stu gimnazjalistów z Łodzi i Łowicza przyglądało się wczorajszej rozprawie przeciwko młodemu mężczyźnie, oskarżonemu o posiadanie i handel narkotykami. Takich tłumów nie było w największej sali łódzkiego Sądu Okręgowego nawet podczas najgłośniejszych procesów.

Ponad dwa lata temu pabianicka policja otrzymała informację, że 29-letni Mariusz N. posiada marihuanę i handluje nią. W jego domu znaleziono 35 działek narkotyku o wadze niemal 12,5 grama, 2700 torebek foliowych, metalową papierośnicę z dwiema lufkami szklanymi. Na podstawie zeznań świadków ustalono, że przez dwa miesiące poprzedzające zatrzymanie Mariusz N. rozprowadził co najmniej 38 półgramowych torebek marihuany.

– O tym, że u oskarżonego można kupić marihuanę, dowiedziałem się od kolegi – mówił w prokuraturze jeden z jego klientów, dziś siedemnastolatek. – Powiedział mi też, że idąc pierwszy raz, trzeba powiedzieć: „przyszedłem kupić kasetę w kolorze zielonym”.

Mariusz N. przyznał się jedynie do posiadania narkotyków: – Nie zajmowałem się handlem. Znaleziona u mnie marihuana była przeznaczona dla mnie i moich kolegów.

Proces w tej sprawie prowadzi sędzia Anna Wesołowska, która od lat zaprasza uczniów na rozprawy przeciwko dilerom narkotyków.

– Udział w takiej rozprawie może naszych rówieśników odstraszyć od sięgania po narkotyki, bo tu widzą konsekwencje takiego postępowania. Mogą zobaczyć, czym kończy się handel narkotykami – mówiły piętnastoletnie gimnazjalistki, które obserwowały rozprawę.
Proces będzie kontynuowany w maju i wtedy prawdopodobnie zapadnie wyrok.

Autor artykułu: (ak)

Co gryzie wójta w gminie?

Tuesday, April 16th, 2002

Kłopoty finansowe gmin i powiatów oraz nawiązanie bliższej współpracy pomiędzy administracją rządową i urzędami wojewódzkimi oraz marszałkowskimi a samorządami, były głównymi tematami Walnego Zgromadzenia Forum Wójtów i Burmistrzów Województwa Łódzkiego.

– Chcemy nadać większą wagę problemom, z jakimi borykają się wójtowie gmin. Często bywa tak, że głos wójta bywa zbyt słaby w dialogu z różnymi urzędami – mówi Czesław Dzierżawski, przewodniczący forum.

Temat walki o dotacje i subwencje dla samorządów zdominował obrady. Mówiono o złej kondycji finansowej gmin i powiatów. – Tyle samorządności gmin, ile jest na nie dotacji – powiedział Jerzy Kabat, wójt gminy Lipce Reymontowskie.

Marszałek województwa Mieczysław Teodorczyk zapoznał wójtów i burmistrzów ze szczegółami kontraktu wojewódzkiego na inwestycje realizowane przez Samorząd Wojewódzki, a finansowane ze środków rządowych oraz Unii Europejskiej. Marszałek zwrócił uwagę na nieprzygotowanie gmin do przyjęcia środków unijnych na inwestycje. – Należy się dostosować do tych, co dają pieniądze. Grzechem byłoby tego nie skonsumować – powiedział Mieczysław Teodorczyk.

Autor artykułu: (mbr)