Są takie miejsca w naszym mieście, gdzie „mieszkają” ludzie bezdomni… Zimą szukają schronienia głównie w wieżowcach, gdzieś na ostatnich kondygnacjach. Można ich też spotkać na dworcu.
Wiosną wybierają miejsca odludne, mało uczęszczane, niewidoczne. I często bywa, że tam właśnie z kartonów budują swój świat.
– Podczas wiosennych porządków w mieście znajdujemy sklecone szałasy, jakieś budy. Musimy to likwidować – mówi Jacek Hofman, komendant Straży Miejskiej w Piotrkowie.
– Ponad miesiąc temu mieszkańcy jednego z bloków zgłosili nam, że w zsypie na śmieci śpi jakiś człowiek. Na miejscu okazało się, że już nie żył. Przyczyną śmierci najprawdopodobniej był alkohol.
Ten nałóg jest, jak zwykle, powodem większości problemów. Pracownikom piotrkowskiej noclegowni dla bezdomnych udało się wyeliminować spożywanie alkoholu na terenie placówki. Panuje tam żelazna reguła: nietrzeźwi nie mają wstępu. Interweniuje wtedy Straż Miejska albo policja.
Noclegownia dysponuje prawie trzydziestoma miejscami, ale w razie konieczności może przyjąć pod dach nawet czterdzieści osób. Na razie nie było potrzeby dostawiania dodatkowych łóżek, także jesienią i zimą, kiedy większość z bezdomnych szuka schronienia przed mrozem. W czasie zimy, jak zapewnia Jacek Hofman, inaczej traktuje się osoby bezdomne. Nawet jeżeli śpią na dworcu i nie robią najprzyjemniejszego wrażenia, to nikogo się nie wyrzuca.
Wiosną w noclegowni robi się luźniej. – Jest ładna pogoda i wtedy ci ludzie łatwiej znajdują miejsce do „zamieszkania” – mówi Henryk Gorlas, kierownik biura Zarządu Rejonowego PCK w Piotrkowie. – Są i tacy, którzy od trzech lat pojawiają się w noclegowni. Po jakimś czasie wyjeżdżają. My nie wiemy dokąd, może nawet do rodziny, ale nie wnikamy w to.
– Można by powiedzieć, że są dwie grupy bezdomnych – podsumowuje swoje doświadczenia Jacek Hofman.
– Grupa przyjezdnych, przemieszczających się, bo to jest, powiedzmy, ich styl życia. Ciągle są w drodze, a nasze miasto wybierają jako przystanek. Druga grupa to „nasi” bezdomni. Oni często mają swoje domy i mieszkania, tylko z różnych względów nie mogą w nich przebywać lub też świadomie nie chcą. Stan psychiczny tych osób bywa różny. Każdy z nich jest inny, ma inną przeszłość, inne doświadczenia.
Jedna z mieszkanek noclegowni zechciała opowiedzieć nam trochę o sobie. – Mieszkałam z matką i z ojczymem. We wrześniu minie dziewięć lat, jak ojczym mnie pobił – mówi.
– Od tamtej chwili nie mam wstępu do domu. Wynajmowałam później mieszkanie, ale przez długi okres byłam w szpitalu i gospodyni mi wymówiła.
W grudniu ta kobieta dwie noce spędziła na piotrkowskim dworcu PKP. Potem zdecydowała się zgłosić do noclegowni. I, jak twierdzi, nie żałuje swojej decyzji. Czuje się bezpiecznie, bo otaczają ją ludzie, na których pomoc może liczyć.
Aby wspierać ludzi będących w potrzebie, konieczna jest współpraca wielu instytucji. Miejski Ośrodek Pomocy Rodzinie ma w tym swój niebagatelny udział. Osoby, które z różnych powodów straciły dach nad głową i zgłoszą się do MOPR, na pewno otrzymają niezbędną pomoc – o ile same wykażą inicjatywę i chęć uporania się ze swoimi problemami.
– W ciągu ostatnich czterech lat, spośród bezdomnych, którzy przewinęli się przez MOPR czy noclegownię, sześć osób dostało mieszkanie – podsumowuje dyrektor ośrodka Bożena Tarczyńska. – Na liście oczekujących na lokal są dwie osoby, a dwie kolejne wróciły do rodziny.
Brak miejsca zameldowania nie jest więc wyrokiem, który przekreśla życie. Przyszłość to przecież wolny wybór każdego człowieka.
Autor artykułu: Aneta Wieczorek