Straż Miejska bije na alarm: w Łodzi w zastraszającym tempie rozrasta się zjawisko dzikiego handlu na głównych ulicach miasta.
Problem ten wynika z coraz większego bezrobocia i biedy. Na targowiskach nie ma już miejsc, więc coraz więcej ludzi, by zarobić na chleb, zaczyna handlować na chodnikach.
– Na ulicach pracuje kilka grup ludzi – mówi Sławomir Seliga, komendant Straży Miejskiej. – Są wśród nich kupcy, którzy wynieśli się z hal w Tuszynie i Rzgowie. Inni to handlarze, którzy na ulicach sprzedają od wielu lat. Są też ludzie, którzy właśnie stracili pracę i absolwenci szkół zawodowych i średnich. Te dwie ostatnie grupy chcą być nawet w zgodzie z prawem. Rejestrują działalność gospodarczą, płacą podatki i… mandaty wręczane im przez naszych funkcjonariuszy za handel w miejscach niedozwolonych. Takie wydatki wiele osób wkalkulowuje nawet w ryzyko działalności.
Uliczni handlarze rozkładają swoje kramiki na przenośnych stolikach, na murkach lub na gazetach położonych wprost na ziemi. Handlują czosnkiem, pumeksem, sznurówkami, budzikami, tanią odzieżą i wszystkim, co się da. Ustawiają się w centralnych miejscach, gdzie codziennie przewijają się tysiące ludzi.
– Nie mam innej pracy, a nowych miejsc targowych władze miasta nie przygotowały – mówi młoda kobieta handlująca odzieżą na ulicy.
Według prawa, Straż Miejska nie może usunąć handlujących na ulicach siłą. Może wręczać mandaty i kierować wnioski do sądu. Robi to, ale mandaty można wypisywać w nieskończoność, a sądy do takich spraw się nie śpieszą.
Dziki handel uroku Łodzi nie dodaje i stanowi konkurencję dla handlujących w sklepach i na targowiskach. Z drugiej strony, dla wielu handlarzy taka działalność to jedyne źródło utrzymania. Jeśli je utracą, powiększą i tak ogromne szeregi bezrobotnych, albo pójdą kraść.
Autor artykułu: (aro)