Archive for August, 2001

Nam strzelać nie kazano

Monday, August 27th, 2001

W III lidze piotrkowski okręg reprezentują Piotrcovia Ptak i Stasiak Bak-Pol Gomunice. Obie drużyny schodziły z boiska pokonane. Piotrkowianie rozgrywali mecz na szczycie z Gwardią Warszawa. Dotychczas obie drużyny zdobyły po komplecie punktów i można było mieć nadzieję, że to piotrkowianie pozostaną drużyną bez porażki.

– W całym spotkaniu wypracowaliśmy znacznie więcej sytuacji podbramkowych – mówi szkoleniowiec Piotrcovii Ptak Włodzimierz Tylak.

– Gwardia jednak zaskoczyła nas kontratakami, po których zdobyła dwa gole. Ale do końca sezonu pozostało jeszcze dużo czasu i o tym, kto awansuje, trudno teraz rozstrzygać.

W drużynie z Piotrkowa znacznie więcej można było oczekiwać od doświadczonych Grzegorza Krysiaka i Jarosława Dziedzica. Nadal swojej skuteczności nie może wykazać Grzegorz Walczak, który jako zawodnik Unii Skierniewice był jednym z najskuteczniejszych strzelców.

W Lidzbarku spotkali się dwaj nowicjusze, czyli tamtejsza Polonia i Stasiak Bak-Pol Gomunice. Poloniści dotychczas przed własną publicznością nie rozczarowali. Wygrali ze stołecznymi drużynami po 2:0. Teraz pokonali gomuniczan. O ich sukcesie zadecydował rzut karny.

– W meczu z Polonią byliśmy przeważającą stroną przez 60 minut – mówi trener Stasiaka Bak-Pol Sławomir Krawiec. – Niestety, niepotrzebnie się wystraszyliśmy przed spotkaniem, chociaż na pewno nie byliśmy faworytami.

Autor artykułu: p.płom.

Lotniczy piknik z licznymi atrakcjami

Monday, August 27th, 2001

Piękna pogoda, licznie zgromadzona publiczność i wiele atrakcji sprawiły, że sobotni piknik lotniczy zaliczyć trzeba do bardzo udanych imprez. Wszyscy chętni mogli np. obejrzeć skoczków spadochronowych przez wizjer telemetra (na zdjęciu).

Były też pokazy: wyszkolenia psów policyjnych, umiejętności strażaków, kawalerii konnej, a także występy zespołów. Piknik zakończyło wspólne ognisko. Sobotnią imprezę zorganizował Aeroklub Ziemi Piotrkowskiej

Autor artykułu: oby

Wolne miejsca na łódzkich uczelniach

Saturday, August 25th, 2001

Są jeszcze miejsca na wielu kierunkach studiów, w tym dziennych, wieczorowych i zaocznych na Politechnice Łódzkiej, zaocznych i wieczorowych w Uniwersytecie Łódzkim, oraz na studiach licencjackich na Akademii Medycznej w Łodzi.

Na Politechnice Łódzkiej nabór chętnych w drodze konkursu świadectw potrwa aż do 4 września. Wolnymi miejscami na studiach dziennych dysponują włókiennictwo, papiernictwo i poligrafia, inżynieria materiałowa przy wydziałach chemicznym i mechanicznym oraz ochrona środowiska w Sieradzu. Jest też sporo miejsc na kierunkach studiów zaocznych, a także na dwóch wieczorowych – informatyce na wydziałach fizyki technicznej oraz informatyki i matematyki stosowanej.Można się też ubiegać o miejsca na architekturze i urbanistyce.

– W drugiej turze konkursu świadectw nie zgłosili się chętni na architekturę, choć pozostało tam jeszcze dwadzieścia wolnych miejsc – mówi dr Wojciech Pyć, pełnomocnik rektora PŁ do spraw rekrutacji.

Na studentów wciąż czeka Uniwersytet Łódzki. Można jeszcze składać dokumenty na zaoczną chemię i fizykę (do 12 września), zaoczne i wieczorowe studia licencjackie na matematyce o specjalności informatycznej (odpowiednio do 12 i 10 września), zaoczną matematykę o specjalności informatycznej oraz zaoczną historię i etnografię w Kolegium UŁ w Sieradzu (odpowiednio do 10 i 14 września).

Nadal przyjmowani są też chętni na zaoczne i wieczorowe studia zarządzania i marketingu Wydziału Zarządzania UŁ oraz niektóre zaoczne magisterskie studia uzupełniające.
Akademia Medyczna w Łodzi do 14 września przyjmuje dokumenty na dzienne licencjackie studia pielęgniarskie, zaoczne licencjackie medycyny ratunkowej, wieczorowe licencjackie fizjoterapii oraz wieczorowe i zaoczne techniki dentystycznej.

Do 4 września w Akademii Medycznej można składać papiery na wieczorowe i zaoczne studia kosmetyczne.

Autor artykułu: (pas)

Podarujesz, to ci pomogą

Saturday, August 25th, 2001

Tego jeszcze nie było.
U miejskiego rzecznika konsumentów w Łodzi interweniują ludzie, którzy czują się oszukani przez… Związek Obrony Konsumentów (ZOK).

– Mamy wiele skarg, że związek uzależnia podjęcie pomocy od darowizny na jego rzecz. Do tego są sygnały, że przyjętych spraw się nie załatwia – mówi Zbigniew Nowakowski, miejski rzecznik konsumentów.

Na drzwiach do siedziby ZOK przy ul. Piotrkowskiej 33 wisi tablica, z której jasno wynika, że związek pomaga konsumentom bezpłatnie.

Toyota z odpryskami

Na toyocie Grażyny Grzejszczak pojawiły się liczne odpryski lakieru, a serwis nie chciał uznać reklamacji.
– Zadzwoniłam po pomoc do Związku Obrony Konsumentów – opowiada pani Grażyna.
– Umówiłam się z panem Adamem N. na rozmowę w siedzibie związku. Tam od studentów prawa, odbywających praktyki w ZOK, usłyszałam, że związek ma kłopoty finansowe i pobiera opłatę w wysokości 0,5 procent od wartości reklamacji, natomiast pomoc przy napisaniu pisma procesowego kosztuje 75 złotych. Pan N. dodał, że powinnam zapłacić za prowadzenie sprawy 2.200 złotych. Za taką sumę polakierowałabym sobie samochód i nie potrzebowałabym reklamacji!

Ostatecznie pani Grażyna umówiła się, że zapłaci 250 złotych. Najpierw dała 120 złotych, a następnego dnia przyszła do ZOK po pismo do Toyoty i by wpłacić resztę. Pan N. tłumaczył się, że nie zdążył przygotować pisma.

– Domagał się ode mnie zaległej reszty. Dałam mu. Potem rozmawiałam z nim wielokrotnie telefonicznie, ale zawsze tłumaczył się, że jest bardzo zajęty, ale zajmuje się moją sprawą. Do tej pory nic nie zrobił, a od czerwca minęło już sporo czasu…

Agnieszka K. z Łodzi (nazwisko do wiadomości redakcji):

– Zgłosiłam się we wrześniu z mężem do pana N. z reklamacją domu, który kupiliśmy z wadami. N. wycenił, że wartość reklamacji wynosi miliard, a my mamy zapłacić mu od tego 10 procent. Potem powiedział, że prezes zgodził się na 5 procent. W sumie doszliśmy do 2 tysięcy. Płaciliśmy, bo początkowo pan N. próbował coś robić w naszej sprawie. Niestety, nic konkretnego nie zrobił. Sami układamy się teraz z firmą, która sprzedała nam dom. Dwa tygodnie temu wycofaliśmy panu N. pełnomocnictwo i zażądaliśmy zwrotu 2 tysięcy zł.

Od obrońcy do obrońcy

Podobnych skarg do miejskiego rzecznika konsumentów wpłynęło więcej. Pewnemu bezrobotnemu założono wadliwe okno. Według niego, za samo obejrzenie okien pan N. z ZOK zażądał 150 złotych. Bezrobotny zaczął lamentować i „darowiznę” opuszczono do 100 złotych. Rzecznikowi poskarżył się też Włodzimierz B. z gminy Aleksandrów, że pan N. zażądał od niego 300 zł darowizny za załatwienie reklamacji stolarki okiennej.

– Bezrobotna Janina B. z Łodzi złożyła u nas oświadczenie, że nie stać jej było na 50 złotych darowizny na rzecz ZOK. więc związek skierował ją… do Klubu Federacji Konsumentów, bo tam załatwiają sprawy bezpłatnie – mówi Nowakowski.
Poproszony przez miejskiego rzecznika konsumentów o opinię mecenas Paweł Wyrwas nie ma wątpliwości, że Związek Obrony Konsumentów żąda od klientów pieniędzy bezprawnie.
– Pieniądze za wykonaną usługę czy pomoc klientowi w załatwieniu reklamacji są zapłatą, a nie żadną darowizną – uważa mecenas Wyrwas.

Iwona Zaczek, rzecznik prasowy Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów w Warszawie:
– Jeżeli ZOK reklamuje się, że pomaga konsumentom nieodpłatnie, a uzależnia pomoc od wpłaty pieniędzy, budzi to nasze zaniepokojenie. – Skoro ZOK chce zarabiać na prowadzonych sprawach, niech zarejestruje się jako firma, a nie ogłasza, że pomaga bezpłatnie – uważa Zbigniew Nowakowski.

Piotr Siech, obecny prezes ZOK: – Nie znam sprawy.
Miejski rzecznik konsumentów: – Wysłałem panu Siechowi wszystkie dokumenty, które dotyczą tej sprawy i jesteśmy już umówieni na rozmowę.

Spokojne sumienie prawnika

Adam N. jeszcze dwa lata temu był prezesem związku, a
obecnie jest doradcą.

– Nie będę się wypowiadał w sprawie pani Grzejszczak, bo nie znam treści jej skargi – zastrzega się. Nie godzi się na nagrywanie wypowiedzi. – To prawda, prosimy konsumentów o darowizny na rzecz związku, gdyż znikąd nie dostajemy dotacji – mówi Adam N. – Zgodnie z prawem, jako stowarzyszenie możemy przyjmować darowizny. Mówimy ludziom, że nie jesteśmy w stanie od razu załatwić wszystkich spraw, bo jest nas tylko troje. Sam prowadzę 250 spraw. Od dwóch lat nie mam za to grosza. Rocznie załatwiamy około 5 tysięcy spraw. Adam N. pokazuje pełne półki teczek.

– Ale nie jest tak, że nie zajmiemy się skargą, jak nam konsument nie wpłaci – zastrzega. – Oczywiście, jak widzimy, że ktoś jest zamożny, podjeżdża drogim samochodem, to przepraszam bardzo, ale stać go na adwokata…

– Ale przecież na drzwiach jest tabliczka, że pomagacie bezpłatnie!

– Porad telefonicznych udzielamy bezpłatnie – wtrąca młody prawnik Michał Wojtysiak. – Dzięki tym darowiznom, możemy prowadzić sprawy ludzi, których nie stać na zapłacenie. Dlatego mam spokojne sumienie, że przyjmujemy darowizny.
– W tym roku pieniędzy odmówili nam wszyscy: Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, Urząd Miasta, Wojewódzki, Marszałkowski i wszystkie starostwa – mówi oburzony N. – Tego, że nie pomoże nam Urząd Ochrony Konkurencji, nie zawaham się nazwać draństwem!

W grubej księdze, którą ZOK chwali się dziennikarzom, są wpisane podziękowania od zadowolonych klientów. Adam N. prosi reporterkę „Dziennika” do sąsiedniego pokoju:

– Zadzwoniłem do naszej klientki i ona pani zaraz powie, że wpłaciła dobrowolnie darowiznę i jest zadowolona z naszych usług.

Anna Kosiakiewicz, konsumentka:
– Tak, jestem zadowolona z prowadzonej przez ZOK sprawy. W miesiąc po gwarancji zaczął mi szwankować silnik w samochodzie. Dałam do kasy związku darowiznę w wysokości 2 tysięcy złotych. Opłacało mi się to bardziej niż iść do adwokata. Sprawa została załatwiona.

Atmosfera robi się coraz bardziej gorąca. Co rusz dzwonią telefony od konsumentów. Adam N. zapewnia interesantów, że sprawa jest w toku, ale teraz nie może rozmawiać. Nagle zastawia drogę krzesłem reportece „Dziennika”:
– Pani stąd nie wyjdzie! Ja jeszcze nie skończyłem!
Po czym powtarza to, co już mówił.

O krok przed zamknięciem

O ZOK pisaliśmy już w minionym roku. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów w Warszawie, finansujący związek, krytycznie ocenił wówczas jego działalność i wstrzymał dotacje. ZOK-owi zarzucono brak gospodarności, nierzetelny sposób dokumentowania poradnictwa i nieprzekazywanie comiesięcznych rozliczeń finansowych.

Jak twierdzi Jacek Herde, dyrektor Departamentu Polityki Konsumenckiej w Urzędzie Ochrony Konkurencji i Konsumentów, podczas inspekcji pracownicy urzędu obliczyli, że związek udzielił 550 porad i interwencji telefonicznych, natomiast w sprawozdaniu ZOK było prawie dwa razy więcej!
Ówczesny prezes Adam N. mówił dziennikarzom, że jest inwalidą pierwszej grupy i kiedy kasa związku była pusta, z własnej renty opłacał najpilniejsze wydatki.

Prezes N. liczył na poparcie samorządu i zmianę stanowiska UOKiK. Doczekał się jedynie ostrej krytyki. Nowy zarząd ZOK, wybrany na lipcowym walnym zgromadzeniu, potwierdził nieprawidłowości w działalności ZOK. Członkowie zaczęli składać rezygnacje. We wrześniu poważnie zadłużony ZOK zawiesił działalność. UOKiK uznał, że pieniędzy na działalność nie przyzna, konsumenci nie poniosą jednak wielkiej straty, gdyż w Łodzi działają jeszcze inne organizacje służące im bezpłatną pomocą.

Nagle nadeszło wsparcie Urzędu Marszałkowskiego. Uznano, że nie można dopuścić do likwidacji tak zasłużonej instytucji. Urząd Marszałkowski przyznał związkowi 5 tysięcy złotych dotacji, licząc, że nowe władze przywrócą dobre imię tej organizacji. Od ubiegłego roku znów słyszy się o darowiznach, których wymaga się od klientów.

„A może to zawiść?”

Miejski rzecznik konsumentów wystąpił z pismem do Związku Obrony Konsumentów o zwrot pieniędzy Grażynie Grzejszczak i zaprzestanie praktyki wymuszania opłat za świadczone usługi.

– Zażądaliśmy też od ZOK cennika usług i wyjaśnienia, w jakiej formie związek rozlicza się z otrzymywanych od konsumentów wpłat z organami podatkowymi – dodaje rzecznik Zbigniew Nowakowski. – Niestety, w piśmie przysłanym przez prezesa ZOK, Piotra Siecha, nie ma tych wyjaśnień.

W piśmie tym czytamy natomiast: „Ze strony miejskiego rzecznika konsumentów spotyka nas najogólniej określając niechęć, jeżeli nie wręcz wrogość. A może to zawiść, że biuro MRK mając dobre uposażenie pracuje w godzinach 8 – 16, podczas gdy ZOK pracuje w godzinach 7.30 – 19?”

Prezes Siech ma też pretensje do rzecznika, że negatywnie nastawił do ZOK byłego prezydenta Łodzi i członków zarządu miasta, a w wywiadach prasowych krytykuje związek, radząc likwidację ZOK.

– Nie kieruję się zawiścią – oponuje Nowakowski. – Jeżeli przychodzą do mnie skargi od konsumentów, muszę zareagować.

Autor artykułu: Joanna Leszczyńska, Anna Rojek

Są szanse na awanse

Saturday, August 25th, 2001

Żeby zaspokoić apetyty łódzkiej lewicy na stanowiska, potencjalny premier Leszek Miller musiałby jej oddać połowę Rady Ministrów.

Premier Leszek Miller, minister finansów Marek Belka, minister rolnictwa Roman Jagieliński, wiceminister spraw wewnętrznych Zbigniew Sobotka, wojewoda łódzki Krzysztof Panas. Im bliżej wyborów, tym głośniej mówi się o przyszłych posadach polityków z regionu łódzkiego związanych z SLD. A lista jest znacznie dłuższa.

– Trzeba najpierw dobiec do mety, a potem rozmawiać o wynikach – twierdzi Leszek Miller. – O sprawach personalnych nie będę rozmawiał do 23 września. Czy mogę dziś powiedzieć jednoznacznie, że to my będziemy tworzyć rząd? Przyznaje jednak, że na temat ewentualnych kandydatów na posady rządowe myśli już od dawna. I zapewnia, że rozmowy zacznie dopiero po wyborach.

Wstrzemięźliwość szefa Sojuszu jest zrozumiała: jeśli SLD nie zdobędzie ponad połowy miejsc w parlamencie, będzie musiał poszukać koalicjanta i odstąpić mu kilka tek ministerialnych i innych posad rządowych zaklepanych wcześniej dla SLD. Po drugie, SLD nie idzie do wyborów jako samodzielna partia.

Zawiązano szerokie porozumienie i kawałek tortu trzeba odkroić choćby dla Unii Pracy czy Partii Ludowo-Demokratycznej, kanapowej partyjki Romana Jagielińskiego.

Apetyt jest ogromny

O tym, kto i na jakim stanowisku zasiądzie, w pierwszej kolejności decydują najwyższe gremia SLD. Łódzka lewica wiąże z tym wielkie nadzieje, bo przewodniczący Miller właśnie stąd startuje do parlamentu. Z jednej strony znakomicie się składa, bo lider świetnie ich zna. Z drugiej strony – wręcz fatalnie (dla niektórych), i to dokładnie z tego samego powodu.

Apetyt na ministerialne stanowiska wśród łódzkich polityków lewicy jest ogromny. Niektórzy już kilka miesięcy temu w czasie towarzyskich spotkań sami puszczali plotki na swój temat. Gdyby się miały sprawdzić, niemal połowa Rady Ministrów musiałaby się składać z osób związanych z województwem łódzkim. Mówiono już o ministrach: zdrowia, transportu, finansów, skarbu, rolnictwa, gospodarki, spraw wewnętrznych.

„Przyszłym ministrom” szybko jednak zrzedły miny, kiedy od początku tego roku swoje stanowiska stracili marszałek województwa i prezydent Łodzi. Wielu nie mogło w to uwierzyć. SLD, który rządzi samodzielnie w Łodzi, sam zmienia prezydenta? To był sygnał dla wszystkich, że w SLD nic nie jest na stałe i stanowisko zawsze można stracić. Czarny scenariusz dla niektórych osób powtórzył się kilka tygodni temu, kiedy zakończono układać listy kandydatów do parlamentu. W Łodzi zabrakło na nich senatora Zbigniewa Antoszewskiego oraz posła Pawła Jankiewicza.

Wersja oficjalna: obaj panowie sami wycofali się z wyborów.
Wersja nieoficjalna: senator nazbyt często i głośno krytykował szefostwo partii, a poseł niewiele zrobił w ostatniej kadencji dla dobra partii.
Senator Antoszewski ma jednak dużo szczęścia; niewykluczone, że w przypadku wygranych wyborów otrzyma posadę ambasadora Polski na Białorusi. Sam bardziej zainteresowany jest teką ministra sportu, ale na nią nie ma szans. Poseł Jankiewicz najpewniej wystartuje w wyborach na szefa SLD w Łodzi, które powinny odbyć się już w październiku.

Kto ma szansę?

Wśród łódzkich polityków SLD największe szanse na ministerialną tekę miał profesor Marek Belka, oczywiście w resorcie finansów. Kilka dni temu jednak sam oświadczył, że w obecnej sytuacji gospodarczej w tej roli nie bardzo się widzi. „Nie mam pomysłu, jakiego rodzaju kompromis zaproponować Radzie Polityki Pieniężnej, żeby ta w znaczący i radykalny sposób zmieniła swój kurs. Nie mając takiego pomysłu, nie bardzo też widzę siebie w przyszłości na stanowisku ministra finansów, o czym się publicznie spekuluje. Moja decyzja o wycofaniu się z tego wyścigu jest już bardzo bliska” – napisał parę dni temu w tygodniku „Polityka”.

Czy polskie finanse wyglądają już tak źle, że nie ma chętnego do ich naprawy? A może Marek Belka kokietuje szefostwo SLD? Wiele bowiem mówi się o tym, że profesor dla wzmocnienia swojej pozycji, oprócz ministerialnej teki, myślał również o stanowisku wicepremiera. A na to ponoć, przynamniej na razie, zgody nie ma.

Przy obsadzie funkcji ministra rolnictwa wymieniane jest jedno nazwisko – Roman Jagieliński. Kilka lat temu po odejściu z PSL założył Partię Ludowo-Demokratyczną, którą kieruje do dziś. Za mistrzowskie można uznać posunięcie szefa PLD, który podpisał porozumienie przedwyborcze z SLD.
Jagieliński ma niemal pewny mandat poselski (druga pozycja na liście SLD w okręgu piotrkowskim), zaś Sojusz może pokazać wiejskiemu elektoratowi chłopa z krwi i kości.
Teka ministra rolnictwa dla Jagielińskiego zależy jednak od wyniku wyborczego. Gdyby SLD przyszło układać się z PSL, ludowcy za nic nie zgodzą się na oddanie rolnictwa Jagielińskiemu.

Niemal pewna jest ministerialna posada posła Zbigniewa Sobotki, lidera piotrkowskiej listy. Najpewniej wróci na stanowisko, które zajmował w czasie poprzednich rządów lewicy, czyli wiceministra spraw wewnętrznych i administracji.

Nadal otwarta jest sprawa ministerialnej przyszłości Andrzeja Pęczaka, szefa SLD w województwie łódzkim. Choć wielu jego partyjnych kolegów głośno go krytykuje i najchętniej przenieśliby posła w stan spoczynku politycznego, to ich lider ma jednak silną pozycję.
O jego losie zadecydują wyborcy w okręgu sieradzko-kutnowskim, gdzie poseł otwiera listę. Jeżeli Pęczak zdobędzie tam duże poparcie, udowodni swoją siłę i samodzielność. Wygrana Pęczaka będzie dowodem jego pozycji lidera partii w regionie.

Trudno byłoby mu to udowodnić na liście łódzkiej, gdzie liderem jest Leszek Miller. Nieprzypadkiem mówi się, że łódzcy posłowie dostają się na Wiejską na jego plecach. Dla przykładu 4 lata temu na Millera głosowało ponad 124 tysiące osób, a Krzysztofa Baszczyńskiego poparło niecałe 3 tysiące wyborców. Andrzej Pęczak zdobył wówczas blisko 9 tysięcy głosów. Jak będzie w tym roku?

Prezydent wojewodą?

Najwięcej ewentualnych kandydatów wymienia się przy obsadzie stanowiska wojewody łódzkiego. Wśród pewniaków często pada nazwisko Krzysztofa Panasa, prezydenta Łodzi. Jego zaledwie kilkumiesięczne rządy miastem zdążyły już rozczarować nie tylko mieszkańców, ale i partyjne władze oraz kolegów. Aby jednak po raz kolejny nie odwoływać lewicowego prezydenta, co samodzielnie rządzącemu miastem SLD chwały raczej by nie przyniosło – pomyślano o funkcji wojewody.

Oprócz obecnego prezydenta, na fotel wojewody mogą ponoć również liczyć: Mirosław Marcisz, który był już wojewodą łódzkim w poprzedniej kadencji, Tadeusz Matusiak, były prezydent Łodzi oraz Marek Klimczak, wiceszef łódzkiego SLD.
Do obsadzenia pozostają również fotele dwóch wicewojewodów. O jeden z nich upomniała się już lokalna Unia Pracy, jako wyborczy koalicjant SLD.

Nie ma jeszcze kandydata na przewodniczącego łódzkiej Rady Miejskiej. Obecnie funkcje tę sprawuje profesor Grzegorz Matuszak, który ubiega się o senatorski mandat. Wszystko wskazuje na to, że profesor wyjdzie z wyborów zwycięsko i jego fotel będzie do obsadzenia.
O zajęciu w nim miejsca marzy jednak niewielu radnych SLD, bowiem szef łódzkiego samorządu miesięcznie zarabia około 2 tysięcy złotych.

Autor artykułu: Katarzyna Pastuszko

Kto i po co ukradł Herę?

Thursday, August 23rd, 2001

Skradziony ze schroniska mastif neapolitański odnalazł się przywiązany do płotu obok lecznicy.
Trzyletnia suczka Hera, która w tajemniczych okolicznościach zniknęła w nocy z niedzieli na poniedziałek ze schroniska przy ul. Marmurowej, odnalazła się.

– Wychudzone zwierzę zostało znalezione we wtorek obok lecznicy przy ul. Kopernika – powiedział Piotr Jobczyk, prezes Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami.

– Hera maści błękitnej rasy mastino neapolitano była przywiązana do płotu, obok lecznicy. Pies został przewieziony do schroniska przy ul. Marmurowej, skąd odebrali go właściciele Ewa i Mieczysław Kuflowie.

– Hera jest już z nami – mówi Ewa Kufel – Zapłaciliśmy 30 złotych za dobę jej pobytu w schronisku. Pies bardzo zmizerniał. Jesteśmy oburzeni, że ze schroniska giną zwierzęta. Dlaczego weterynarz, który nie chciał nam wydać psa po przeprowadzeniu operacji, potem bezprawnie kazał go wysłać do schroniska, bo zwierzę było głośne. To prawda, że nie mieliśmy 450 złotych, by zapłacić za operację, podczas gdy gdzie indziej za taki sam zabieg płaci się po 250 zł. Mój mąż jest inwalidą i właśnie czekał na rentę. Mimo zapewnień, że zapłacimy tę sumę i napiszemy zobowiązanie, w którym podamy numery naszych dowodów, weterynarz postanowił zatrzymać u siebie psa. Później oddał go do schroniska, skąd Herę skradziono.

– Pies, którego zoperowałem trafił na stół z przenoszoną ciążą w stanie zagrożenia życia – wyjaśnia Jaromir Młynarski, właściciel lecznicy „Bernard” przy ul. Dąbrowskiego. – Gdyby nie moja szybka interwencja, już by nie żył. Wszystkie płody urodziły się martwe. Ten pies z uwagi na konieczność dalszego leczenia (podłączenia pod kroplówkę, podawania specjalistycznych leków) nie mógł być od razu odwieziony do domu. W ogóle nie nadawał się do transportu. Dlatego został u mnie, a nie dlatego, że właściciele nie mieli pieniędzy. Coraz częściej ludzie przynoszą konające psy i koty i błagają o ratunek, a potem nie mogą za nie zapłacić. Kazałem odwieźć Herę do schroniska, bo zachowywała się agresywnie. Jednak nie mam pojęcia, kto i dlaczego ją ukradł.

– Na pewno musiała to być osoba, która znała sukę – twierdzi Anna Chabior, weterynarz ze schroniska przy ul. Marmurowej. – Pies zachowywał się agresywnie i nie dałby podejść obcej osobie. Kłódka w bramie boksu (pies przebywał w nim sam) była uszkodzona. Nie wiem, kto to mógł zrobić.
Jak dowiedzieliśmy się w V Komisariacie Policji trwa dochodzenie w tej zagadkowej sprawie.

Autor artykułu: (mawi)

Pustynne piękności

Thursday, August 23rd, 2001

Od 24 do 26 sierpnia przy ul. Szparagowej 7 będzie można oglądać wystawę najpiękniejszych roślin pustynnych i stepowych obu Ameryk. Wystawcy pokażą również kilkadziesiąt gatunków kaktusów i sukulentów.

Zwiedzający będą mogli zobaczyć między innymi fragment największej i najbogatszej kolekcji tych roślin w Polsce, należącej do hodowcy i kolekcjonera z Rumii. Ekspozycji towarzyszyć będzie kiermasz, na którym będzie można kupić rośliny i środki do ich pielęgnacji. Wielbiciele kolczastych egzotycznych piękności będą mogli dodatkowo skorzystać z darmowych porad doświadczonych fachowców.
Wstęp na imprezę wolny.

Autor artykułu: (k)

Ratować Księży Młyn

Thursday, August 23rd, 2001

O skarbie architektury przemysłowej wiedzą więcej w świecie niż w samej Łodzi.
Ratowaniem i wypromowaniem Księżego Młyna ma się zająć nowo powołana fundacja, w skład której weszli historycy sztuki, artyści, konserwatorzy zabytków, naukowcy, politycy i biznesmeni. Jej założycielom marzy się, aby w dawnych budynkach fabrycznych ulokować najnowocześniejsze technologie.

– Księży Młyn to jedno z najcenniejszych miejsc w Łodzi, tymczasem bliski jest zawalenia. O naszym skarbie więcej wiedzą w świecie niż tu na miejscu – ubolewa Joanna Bojarska – Syrek, była dyrektor Rezydencji „Księży Młyn”, współzałożycielka fundacji.

Pomysł narodził się rok temu podczas wizyty generalnego konserwatora zabytków w Łodzi. Minister Aleksander Broda nakłaniał wówczas uczestników spotkania, aby zamiast starać się o wpisanie Księżego Młyna na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO, tu na miejscu powołali jakieś lobby. Fundację założyły wyłącznie osoby fizyczne, wśród których znaleźli się m.in. dyrektor Muzeum Sztuki Mirosław Borusiewicz, prezes Fundacji Ulicy Piotrkowskiej Marek Janiak, pełnomocnik prezydenta ds. Księżego Młyna Antoni Szram, założyciele Muzeum Książki Artystycznej Jadwiga i Janusz Tryzno oraz posłanka Iwona Śledzińska-Katarasińska. Tymczasową siedzibą fundacji zostało Muzeum Książki Artystycznej.

Głównym celem fundacji jest ochrona zabytków Księżego Młyna, wypromowanie go jako miejsca międzynarodowej wymiany kulturalnej oraz przywrócenie mu pierwotnego charakteru jako kwartału miasta tętniącego życiem. Założyciele fundacji chcą poprzez swoje prywatne i służbowe kontakty zainteresować Księżym Młynem potencjalnych inwestorów oraz być silnym lobby, które wesprze władze miasta i instytucje centralne w pozyskiwaniu pieniędzy na rewitalizację zabytku z europejskich środków pomocowych.

Jednym z obiektów, którego uratowania chce się podjąć fundacja jest dawna przędzalnia cienkoprzędna Grohmana przy ul. Tymienieckiego. Budynek, który wchodzi w skład Łódzkiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej, popada w ruinę.
Fundacja chce, by strefa przekazała jej obiekt, w którym powstałoby nowoczesne centrum wymiany kulturalnej o nazwie „Tygiel”.

– To ma być okno na świat nie tyko dla Księżego Młyna, ale dla całej Łodzi – zapowiada Jadwiga Tryzno, założycielka Muzeum Książki Artystycznej.

Autor artykułu: (pi)

Pieniądze na papierze

Tuesday, August 21st, 2001

Komisja Kultury Sejmiku Województwa Łódzkiego ma pomóc Teatrowi Wielkiemu.
Czy w operze obejrzymy „Porgy and Bess” i „Falstaffa”? Wiele zależy od przyszłorocznego budżetu, jaki dla Teatru Wielkiego zostanie uchwalony. Do końca roku scena nie pokaże ani jednej premiery.

Teatr Wielki otrzymał dodatkowo 3 mln 200 tys. złotych. To o 700 tys. więcej niż kwota, którą radni wojewódzcy odebrali teatrowi podczas sesji budżetowej. Ale…

– Te pieniądze są wciąż na papierze – mówił Marian Łabędzki, wicemarszałek województwa, podczas wczorajszego posiedzenia Komisji Kultury Sejmiku Województwa Łódzkiego. Na papierze jest także 300 tys., którymi w tym roku wsparta ma zostać filharmonia. Tymczasem obie instytucje na papierze zdecydowanie nie są.

Dorota Biskupska-Neidowska, przewodnicząca komisji, odpytała Marcina Krzyżanowskiego, dyrektora opery i Elżbietę Nojek (główną księgową) o sytuację budżetu teatru. W ciągu pół roku teatr na koszty stałe wydał blisko 6 i pół miliona zł, a na działalność artystyczną – niewiele ponad milion 600 tysięcy. Łatwo policzyć, że suma ta przekracza połowę dotacji teatru, która wynosi 13 i pół miliona zł.
Członkowie komisji zaskoczeni byli informacją, że Urząd Miasta na tegoroczne Łódzkie Spotkania Baletowe (kosztowały ponad milion) przekazał jedynie 200 tys., czyli mniej niż wyniosły wpływy ze sprzedanych biletów. Z zapewnień urzędników miejskich wynikało, że choć teatr mógł liczyć na bardziej okazałą pomoc.

Prawdziwie zaskakujące jest jednak, że choć w Urzędzie Miasta głoszone są opinie o chęci współfinansowania (z Urzędem Marszałkowskim) Wielkiego, to jednak nic w tym kierunku się nie dzieje. Odbyły się nawet wspólne posiedzenia komisji kultury obu urzędów z udziałem prezydentów i marszałków, jednak nie przyniosły one wielu owoców.

– Sytuacja jest bardzo trudna – mówi Dorota Biskupska-Neidowska – ponieważ Sejmik może liczyć wyłącznie na dotacje od państwa, w przeciwieństwie do gminy jesteśmy całkowicie pozbawieni dochodów własnych.

Marcin Krzyżanowski opowiedział na posiedzeniu o planach artystycznych teatru. Szef opery ma nadzieję w listopadzie zaprosić na koncertowe wykonanie przekroju dwóch dzieł Belliniego: „Normy” i „Purytanów” oraz opery Gershwina „Porgy and Bess”. Na inaugurację sezonu, w połowie października, powinien odbyć się koncert prezentujący „Złotą kolekcję” opery, czyli artystów nagrodzonych „Złotymi Maskami” i fragmenty przedstawień „maskowych”.

W przyszłym roku łódzki Teatr Wielki obchodzić będzie 35-lecie. Z tej okazji 9 lutego odbędzie się premiera „Falstaffa” – ostatniej opery Verdiego. W tytułowej partii wystąpi Renato Bruson, najlepszy wciąż baryton świata (w minionym sezonie śpiewał w Łodzi tytułowego „Makbeta”). W drugiej premierze zobaczymy w tej roli czołowego polskiego barytona – Zbigniewa Maciasa, który po przerwie powraca na etat do teatru. W planach jest także koncertowe wykonanie opery „Thais” Masseneta i „Cyrulika sewilskiego” Rossiniego oraz na scenie X premiera kameralnej opery Michaela Nymana „O mężczyźnie, który pomylił żonę z kapeluszem”.

Autor artykułu: (l)

Niewielu widzów chce oglądać takie mecze

Tuesday, August 21st, 2001

Piątą kolejkę ekstraklasy obejrzało tylko 23,5 tysiąca widzów. Łódzki mecz potwierdził kryzys Widzewa. Trzecia porażka jest tym bardziej przykra, że Górnik wygrał po raz pierwszy w tym sezonie.

Do tego grał marnie, a np. były król strzelców ekstraklasy Adam Kompała nie przebiegł chyba 400 metrów w całym meczu. Człapiąc, zaliczył dwie asysty, które wykorzystał nie pilnowany przez nikogo młokos Sebastian Olszar.
W tej sytuacji bez zwycięstwa w lidze jest już tylko KSZO. Ale beniaminek z Ostrowca ma też sukcesy: jeszcze nie przegrał spotkania na boisku rywali.

Po remisie w Zabrzu 0:0 potrafił odrobić dwubramkową stratę w Katowicach i po kuriozalnych błędach bramkarza Lecha zremisował 2:2. Można sobie wyobrazić, z jaką pasją w sobotę w Ostrowcu gospodarze zaatakują widzewskich „turystów z Majorki”.

Zamiana lidera grupy A była wyjątkowo szczęśliwa dla broniącej tytułu Wisły i Odra może mówić o pechu. Podobne kłopoty z niżej notowanym Stomilem miała prowadząca w grupie B Amica. Trzymających kciuki za reprezentację cieszy, że decydującego gola na 10 minut przed końcem zdobył kadrowicz Mariusz Kukiełka. Niespodziewanie tabelę tej grupy zamyka Ruch (trzy porażki z rzędu, ze stratą dziewięciu goli).

Prawdziwy szpital w Pogoni. Portowcy są jedną z dwóch drużyn, które nie przegrały w polskiej lidze w tym sezonie (obok Amiki). Wicemistrzów Polski czeka w czwartek rewanż w Pucharze UEFA. Odrobienie jednobramkowej straty z Islandii może być trudniejsze niż się wydaje. Z podejrzeniem zwichnięcia stawu barkowo-obojczykowego trafił na odział ortopedii szpitala w Szczecinie-Zdunowie bramkarz Siergiej Szypowski.

Prawdopodobnie konieczna będzie operacja. Ukrainiec w meczu ze Śląskiem był świetnie dysponowany, ale doznał kontuzji. Według informacji trenera szczecińskiej Pogoni Mariusza Kurasa, Szypowski nie będzie zdolny do gry przez około 6-8 tygodni. Ponieważ Radosław Majdan już gra w Turcji, zgłoszony do rozgrywek jest tylko jeden dubler: Wojciech Tomasiewicz. Nie można wykluczyć, że asystenta trenera zastąpi w szczecińskiej bramce Sławomir Olszewski.

W szpitalu w Austrii operowany był natomiast obrońca Pogoni Paweł Skrzypek. Czeka go rozbrat z piłką przez około sześć miesięcy. Ten zawodnik jest zresztą wyjątkowo podatny na kontuzje. Również w szpitalu w Austrii przebywa na obserwacji stoper Pogoni, były obrońca m.in. Widzewa, Piotr Mosór, który narzeka na bóle pachwiny. Prezes Pogoni Sabri Bekdas znów zagroził wycofaniem się z finansowania klubu i zapowiedział wystąpienie z roszczeniami wobec władz Szczecina. Ale te groźby są traktowane z coraz mniejszą powagą.

Autor artykułu: Bogusław Kukuć