Pracownicy Zakładu Urządzeń Bezpieczeństwa Ruchu co noc ryzykują życiem, malując pasy na łódzkich ulicach. Kierowcy najeżdżają na zapory, trenują slalom między pachołkami, a bywa, że tylko zbieg okoliczności lub refleks malujących, ratuje im życie.
– Dopiero co kolegę zawadził samochód i pociągnął mu maszynę po ulicy – mówi jeden z pracowników, których w środku nocy spotkaliśmy na ul. Pabianickiej. – Nie ma godziny, żeby coś tu się nie działo. Bywa, że trzeba ze sprzętem uciekać z drogi i ratować życie.
Tadeusz Szafrański z ZUBR przyznaje, że do niebezpiecznych sytuacji dochodzi często, bywa, że co noc. Przed rokiem rozpędzony polonez najechał na maszynę do malowania pasów. Tylko refleks uratował pracowników. Straciliby nogi, gdyby ich nie unieśli, widząc zbliżające się auto.
– Na Rzgowskiej wielki tir jechał środkiem drogi i „zbierał” pod siebie wszystko co stało na jego drodze – mówi Robert Gutsch. – Rozjechał nam znaki, pachołki, cudem uciekliśmy z maszyną na pobocze. A on odjechał jakby nigdy nic. Nawet nie przystanął.
Pracownicy skarżą się głównie na młodych kierowców, taksówkarzy i… kierowców autobusów. Pierwsi dla zabawy jadą slalomem między pachołkami, rozmazując dopiero co namalowane znaki. Pozostali nic nie robią sobie z pracy drogowców i przejeżdżają po świeżo namalowanych pasach, potrącają słupki, albo niemal ocierają się o pracujących na drodze ludzi.
– Lampy ostrzegawcze rozbijają nam co najmniej kilka razy w miesiącu – dodaje Wiesław Florczak. – A jak nie rozbiją, to ukradną. Pracownicy powinni malować jezdnie, tymczasem rzeczywistość jest taka, że zamiast pilnować roboty, muszą uważać, żeby nikt na nich nie najechał i żeby nie ukradli im sprzętu. Czasem aż strach pracować.
Pięć ekip ulicznych malarzy w ciągu nocy nakłada znaki na około 20 km łódzkich ulic. Jedna ekipa ręczną maszyną do malowania pokonuje do 4 km trasy. Pracownik na „malarce” samobieżnej zrobi dwa razy więcej. Żeby pomalować wszystkie łódzkie ulice, potrzeba wszystkich nocy z sześciu miesięcy. Ale i tak zaraz po malowaniu pasy na jezdni są w opłakanym stanie.
Bo – jak wynika z obserwacji pracowników zakładu – najmniej na wynikach ich pracy zależy… kierowcom, dla których właśnie maluje się pasy i strzałki na jezdni.
Autor artykułu: maj